Dzisiaj przyjrzymy się bliżej zjawisku, które na naszej scenie muzyki elektronicznej z roku na rok coraz bardziej się nasila. Bierność Polski w stronę niektórych artystów może doprowadzić do upadku... 2 UserComments

Złe prognozy dla EDM w Polsce? House - mainstream za oceanem, underground w naszym kraju

Artykuł dodano: 15 czerwca, godz. 18:39
Odsłony: 1600x
Dzisiaj przyjrzymy się bliżej zjawisku, które na naszej scenie muzyki elektronicznej z roku na rok coraz bardziej się nasila. Bierność Polski w stronę niektórych artystów może doprowadzić do upadku rodzimej, elektronicznej sceny?


Gorzkich słów kilka

Advocatus diaboli - zgodnie z definicją urzędnik obecny podczas procesu beatyfikacyjnego oraz kanonicznego. Jego zadaniem jest wyszukiwanie powodów, dla których kandydat na błogosławionego lub świętego nie zasługuje na ten zaszczyt. Przygotowując się do tego artykułu przewidywałem, że takim adwokatem diabła będę musiał zostać w przypadku polskiej sceny muzyki elektronicznej.

Po krótkim namyśle doszedłem jednak do wniosku, że to zupełnie bez sensu. Ostatecznie polska scena muzyki elektronicznej nie jest kandydatem na świętą, ba! Daleko jej nawet do miana dobrej. W Polsce od dawna padają żarty, które mówią, że jesteśmy o dziesiątki lat za innymi nacjami, ale wiecie co? Czasem należy przestać żartować...

Szczególnie wtedy, kiedy żarty zaczynają się wcielać w życie aż za bardzo. Polska scena muzyki elektronicznej z roku na rok bowiem coraz bardziej zostaje w tyle względem innych. Zupełnie nie boję się tego stwierdzenia, wiem też, że wiele osób przyzna mi w tym rację. Podczas gdy wszyscy dookoła prężnie się rozwijają, my od kilku lat stoimy w miejscu, przez co już teraz zaczynamy oglądać plecy swoich sąsiadów.

Przeczytaj też: Festiwalowa Wielka Brytania. Elektroniczne wydarzenia warte uwagi w 2022


Czego zatem brakuje polskiej scenie muzyki elektronicznej? Odwagi. Osoby odpowiedzialne za organizację wydarzeń na żywo, a przez to odpowiedzialne za rozwój całej sceny, chyba dawno zapomniały co to słowo w ogóle oznacza. W Polsce nikt bowiem nie chce angażować, artystów którzy nie są jeszcze wystarczająco znani by wejść na poziom mainstreamu. 

Ludzie odpowiedzialni za tworzenie line-upów obawiają się, że mało znane nazwisko nie przyciągnie wystarczającej ilości imprezowiczów, co w sposób bezpośredni przełoży się na sprzedaż biletów, a raczej jej brak. Jest to jednak błędne koło, w końcu jak osoby te mają zyskać u nas popularność, skoro nigdzie nie zostają zapraszane?

John Summit - Deep End

Grono zapomnianych artystów

Posłużmy się jednak faktami, żeby nie zostać gołosłownym. John Summit - ten młody producent muzyczny bez wątpienia jest jednym z największych odkryć ostatnich lat. John Summit, który podpisując chociażby kontrakt z Defected Records zaczyna powoli dominować światową scenę house'u wydaje się artystom, którego każdy chciałby posiadać w swoim line-upie.

W Polsce jednak moment, w którym ten DJ piął się w górę został przespany i mało osób zdaje sobie sprawę, kim Summit w ogóle jest. Rezultaty? Ani jednego występu Johna w ciągu najbliższych wakacji... Szukać dalej? 

The Martinez Brothers to w Polsce artyści zupełnie pominięci. Amerykański duet nie gości ani w radiu, ani na scenach. Jak to wygląda za granicą? Czołowe miejsca w line-upach największych brytyjskich festiwali oraz rezydentura w nadchodzącym sezonie na Ibizie. Takie pomijanie nie dotyczy jednak tylko młodego grona producentów.

Zobacz również: Breathe Carolina - Ridiculous, czyli 'absurd' w wydaniu tech house

AC Slater, czyli jak mówiłem już w ramach serii poznaj muzykę elektroniczną, jeden z ojców całego bass house'u. Absolutna legenda tej muzyki i basowych brzmień. Najwyraźniej to i tak za mało by dostać się do polskich line-upów. Tam grono basowych producentów od lat jest takie samo, szczelnie zamknięte przed innymi.

Powyżej wymienieni artyści to nie są odosobnione przypadki, takich osób jest wiele. Prowadzi to do paradoksu, w którym osoby robiące furorę na całym świecie nie są popularne u nas, gdyż nikt na nie nie zwracał uwagi, kiedy popularność dopiero zdobywały. Jeśli porównać line-upy z wcześniejszych lat z tymi aktualniejszymi tak naprawdę nie znajdziemy większych zmian. Prawie żadnych nowości, zamiast tego pełno twórców, którzy chyba zapomnieli, że swoje setowe tracklisty można modyfikować. 

W nauce o demografii jest taki termin - społeczeństwo starzejące się. Obowiązuje on wtedy, kiedy rodzi się coraz mniej osób i w społeczeństwie jest przewaga osób starszych nad młodszymi. Jak łatwo się domyśleć, taka specyfikacja społeczeństwa raczej nie napawa optymizmem. Dokładanie taka sama zdaje się jednak być scena muzyki elektronicznej w Polsce - starzejąca się. 

MUZZ - Catharsis X


Dlaczego Holy Goof pojawił się w Polsce, Malaa, Tchami, La Fuente, Claptone, Oliver Heldens czy Curbi występują u nas regularnie a AC Slater, Chris Lorenzo, Vintage Culture czy JOYRYDE ani razu?

Przywołać tutaj możemy również postać Kaskade - absolutną legendę elektroniki, która od ponad dekady wiedzie prym w Stanach Zjednoczonych. Współautora I Remember można spokojnie ustawić w tym samym rzędzie co Erica Prydza. Dlaczego od lat nie zobaczyliśmy go w Polsce?

Krótki recap z koncertu Kaskade na 70 000 osób, którego gościem specjalnym był deadmau5

Sprawdź także

- Droga do Tomorrowland... w formie mozaiki? - zobacz video
- Tak Tujamo przygotowuje się do występów w Polsce. Posłuchaj "Clap Your Hands"
- Albumowa droga Malaa rozpoczęta. Posłuchaj "How It Is"

fot. Tyler Rittenhouse 
Komentarze
  • MusiCManiaC16 czerwca, godz. 20:30
    Problem z EDM??? Połowa ludzi w tym chorym kraju nawet nie wie że istnieją lub nie odróżniają muzyki disco polo od Trance, House czy Techno...
    Brak rozgłośni radiowych propagujących różne style muzyczne , dopóki wyznacznikiem trendu będzie R.. MAXX to niestety ale debilizm muzyczny w naszym kraju będzie trwał w najlepsze.
  • Wojtas200817 czerwca, godz. 02:03
    Bardzo fajny temat, super, że go poruszacie.

    Niemniej temat przedstawiony życzeniowo i bez zasugerowania co można z tym zrobić poza - zabookować artystę.

    Jest w Polsce kilka klubów czy agencji próbujących ściągać świeże nazwiska - raz z sukcesem, raz niekoniecznie. Wcale mnie nie dziwi taki stan rzeczy - ściągnięcie nowego artysty do klubu czy to konkretne pieniądze 2-5-8-10 tysięcy euro, a na festiwal sporo więcej. Ryzyko w przypadku postaci mniej popularnych to jednak spore ryzyko, że przyjdzie 50 czy 100 osób, a klub będzie w plecy. Klub czyli kto? Konkretni ludzie stojący za organizają - Michał, Waldek czy Ada. Ci ludzie muszę potem myśleć jak zasypać dziurę w budżecie i wcale się nie dziwię, że nie są skorzy do ryzyka.

    Ludzie, czy chcemy czy nie, lubią słuchać melodii, które znają. To, że mamy po raz kolejny tych samych artystów niemal gwarantuje sprzedaż biletów. Niestety wiele ambitnych projektów, które chciałby zrobić coś więcej, lepiej, dzisiaj już nie istnieje, a niektórzy gorzko takiego ryzyka żałują. Żeby daleko nie sięgać ostatnie edycje Egodrop czy Movement zostały odwołane przez niską sprzedaż biletów. Line upy fajne, zróżnicowane, ale bez wielkich gwiazd. Do skutku nie doszły.

    Wielkie gwiazdy tylko na wielkich festiwalach. Przypadek? Nie. Budżet i skala. Głosy pod tytułem "Głupoty gadasz, ten i ten festival zaprasza tych i tych i się utrzymuje" są często pozbawione wiedzy ile pieniędzy, ryzyka i pracy trzeba do produkcji takich imprez. Sponsorzy, kultura klubowa, organizatorzy, my konsumenci to mechanizmy, znacznie bardziej skomplikowane niż tylko "Ej zaproście go!".

    Nie ma się co czarować - muzyka i branża eventowa to biznes jak każdy inny. Popyt i podaż odpowiada za to jakie imprezy mamy. Te, które się opłacają, są dobrze zarządzane rosną (jak Sunrise, audioriver czy unsound). Jest ich na dobrą sprawę kilkanaście, może dwadzieścia kilka. Pozostałe to pojedyncze strzały raz w roku, często nawet bez ambicji wielkiego wzrostu - i to też jest spoko. Nie każdy musi budować muzyczną korporację.

    Nie łudźmy się - muzyka i kultura klubowa to pochodna wielu elementów, także edukacji muzycznej (a w zasadzie jej braku), kultury, obcowania ze sztuką i innymi rzeczami. Nie zmienimy tego zapraszając kilka gwiazd więcej. To wymaga wielopoziomowej pracy na kilka dekad. Pokazywanie Polski w jednej linijce z np. Holandią czy Wielką Brytanią gdzie muzyka jest ważną częścią kultury jest zagraniem poniżej pasa i nic nie udowadniającym w tej dyskusji.

    Na koniec dodam, że moim zdaniem i tak jesteśmy w bardzo dobrej sytuacji. W Polsce jest mnóstwo świetnych imprez, i tych wielkich i tych undergroundowych. Jest w czym wybierać i mimo trudności, wciąż powstają nowe inicjatywy. Wielu nowych artystów dociera do nas i trudno z tym dyskutować. Nie wszyscy, ale wciąż jest więcej i więcej wartych uwagi wydarzeń.

    Co z tym zrobić? Nie wiem, pogadajmy!
Zarejestruj się i zaloguj, aby dodać komentarz...
Komentarze (2)